poniedziałek, 18 stycznia 2016

Marzenia mogą się stać rzeczywistością !!!

              Każdy z nas ma marzenia. Jedne większe, a drugie mniejsze. Jedne wymagają małego poświęcenia, wkładu finansowego lub przychodzą w krótkim czasie. Inne są dość mocno wymagające.
W moim przypadku była to właśnie tak druga opcja. Nie przestraszyłam się porażki, czasu, ciężkiej pracy i zaangażowania, choć zawsze gdzieś to na dnie serca było. 
Ale bez walki nie ma zwycięstwa!

W dzisiejszym poście opowiem Wam swoją historię i jak zmieniło się moje życie w ciągu prawie dwóch lat i trwa do dziś (wiem, że na zdjęciach jest 2014 i 2015 ale to dlatego, że wtedy te zdjęcia zostały wykonane).

Zacznijmy od początku:

Odkąd tylko pamiętam zawsze byłam pulchna. Nie miałam olśniewającej figury i urody. Nie byłam nawet szczupła. Miałam problemy z cerą, skórą, włosami, a w głowie pełno kompleksów. Nadwaga dokuczała mi od dzieciństwa. Nie chcę tu nawet przywoływać i przypominać sobie co usłyszałam o sobie za czasów podstawówki. Dzieci w tym wieku są na prawdę krytyczne i nie martwią się o czyjeś uczucia. Moja waga nie była spowodowana problemami ze zdrowiem czy genami, choć moja rodzina do chudzielców nie należy. Sama się do tego doprowadziłam. 
Od najmłodszych lat uwielbiałam chipsy. Smak i kruchość tego paskudztwa były kiedyś rajem dla moich uszu i podniebienia, lecz cierpieniem dla mojego zdrowia i samopoczucia.
Do tego moimi przyjaciółmi byli pasztet, ketchup, kotlet schabowy,majonez, parówki, chleb, masło,  tłuste jedzenie i napoje gazowane.
U mnie w domu gotowała głównie babcia, mama gotowała w weekendy, ale też to czego nauczyła się od niej, czyli swojej mamy. W niedzielę zawsze gościł kotlet schabowy, kroszone ziemniaki. Typowy polski obiad. Do prawie każdej zupy babcia dodawała ogromne ilości soli, śmietany czy słoniny. Nie przeszkadzało mi to i nie zdawałam sobie sprawy do czego może mnie to doprowadzić.
Do tego doszedł problem z porami jedzenia. Rano mogłam nie jeść nic, za to po przyjściu ze szkoły zaczynała się uczta która trwała do wieczora.Obiad czasami jadłam podwójny choć porcja była jak obecne dwie.Tak samo z kolacją.A ja rosłam i rosłam, tylko nie wzwyż, a nowe ubrania po miesiącu były za małe, Jakbym ukradła je młodszej siostrze i próbowała na siłe nosić.Także nadmierna potliwość była moim problemem, bo czasami nic nie robiłam, a spocona byłam jakbym przebiegła maraton nawet gorzej. Był czas,że codziennie jadałam chipsy przed obiadem a do tego bułkę z pasztetem i ketchupem. FUJ !
Gdy teraz to pisze, jest mi nie dobrze, gdy pomyślę jak mogłam to jeść.
Sport był dla mnie karą boską. WF to najgorsze zło. Siedziałam, oglądałam kreskówki i telewizję jadłam i jadłam. 



                     

I tak do czasów gimnazjum. Myślałam, że bedzie lepiej. Nowi ludzie, otoczenie, lecz nie zmieniało się nic, oprócz tego,że moje kompleksy rosły i rosły. Patrzyłam z zazdrością na młode, zgrabne dziewczyny. Ubrane w wystrzałowe ciuchy, z nowymi spodniami z H&M czy ZARY na tyłku, zgrabnymi figurkami i ślicznymi włosami. Ok byłam wtedy szarą, cichą myszką, nie wychylającą się z tłumu, lecz zauważalną tylko przez swoją wagę i postrzegana w najciemniejszych barwach.
Postanowiłam, że muszę to zmienić!
Jednak nie było dobrze. Jeden dzień ćwiczyłam i jadłam w miarę dobrze, a potem dziesięć dni powrotu do rzeczywistości. Ćwiczenia nic nie pomagały, ja zamiast chudnąć tyłam i puchłam.

                




Pamiętam ten dzień (okolice 11 listopada, a Świąt Bozego Narodzenia 2014), gdy stanęłam na wagę i zaczęłam niemiłosiernie ryczeć po zobaczeniu na wadze 70 kg przy 164 cm wzrostu.
Postanowiłam,że teraz muszę się mocno za siebie wziąć i zmienić to, bo nie moge tak dalej zyć. I tak było. Wyeliminowałam chipsy, cukier, sól ( ostatnio jadłam je we wrześniu 2014 r), słodycze, pasztety, masło, chleb jasny, smażone, tłuste potrawy, śmietanę, słodkie płatki śniadaniowe czarną herbatę, wędliny, wieprzowinę( nie cierpię tego mięsa do dnia dzisiejszego) i inne tego typu rzeczy. Zaczęłam jeść wartościowe śniadania (oczywiście owsianka) i resztę posiłków o stałych porach, a także ćwiczyłam dużo na skakance. Efekty były owszem lecz po jakimś czasie było mi mało. Zaczęłam interesować się tym trybem życia. Zaczynałam od zera bez zadnej wiedzy. Tej szukałam w internecie, gazetach, telewizji i innych źródeł. I wtedy zrobiłam najgorsze co mogłam. Obcięłam kcal do 1000 i prawie zero tłuszczy. Pojawiły sie problemy z cerą, włosami, paznokciami, skórą, a nawet miesiączką. Waga malała i malała i doszła do 44 kg. Tyle ważyłam w wakacje 2015r. Popaliłam mięśnie bo ćwiczyłam do utraty tchu, a mało co dostarczałam organizmowi. 


Zwiększyłam kalorie do 1600. Dalej ćwiczę i zdrowo sie odżywiam jednak robię wszystko z głową. Pozwalam sobie na małe fit słodkości które nawet ograniczałam do zera podczas odchudzania a mogłam je jeść. Wiem, że kawałek czekolady mnie nie utuczy w jeden dzień, jak liść sałaty mnie nie odchudzi. Obecnie ważę 47 kg. Wiem, że nie przytyłam dużo ale przybrałam w mięśniach i trochę w tłuszczu. Natomiast zniknęły moje wszystkie wcześniejsze problemy. 

Czego się nauczyłam w tym czasie ??

Nauczyłam się jak cienka linia jest między zdrowym stylem życia, a przesadzeniem z nim, że wszystko trzeba robić z głową i że nic nie przychodzi nagle. Wszystko wymaga czasu. I że nie każdy jest perfekcyjny i musi mieć idealną figurę jak z okładek czy internetu. Zrozumiałam, iż walczenie z samą sobą nie przyniesie nic dobrego, a ciągłe odmawianie sobie niszczy człowieka fizycznie i psychicznie.


                                              




A co zyskałam ??

Więcej pewności siebie, szacunek do siebie i innych, uśmiech i przede wszystkim zdrowie, którego przecież nie da się kupić.


Pamiętajmy nie dajmy się zwariować. Róbmy to co nas uszczęśliwia, co pomaga nam w codziennym życiu i to co jest dla nas bezpieczne i nie działa przeciwko nam. Dbajmy o siebie i 
NEVER GIVE UP !!!!!